pożegnanie z dr Pietras

Szpital to moje życie, będę tęsknić

Z lekarzem Lilianą Pietras-Kopeć, wspaniałym człowiekiem, który przez ostatnie 40 lat pracował jako dermatolog i patomorfolog w nowosolskim szpitalu, rozmawiamy o życiu i śmierci. Pani doktor odkrywa przed nami kawałek historii swojego życia, dziękuje za lata współpracy przyjaciołom ze szpitala. Od marca opuszcza WSSPZOZ Nowa Sól i wyjeżdża do Białki Tatrzańskiej, gdzie rozpoczyna kolejny etap swojego życia.
Monika Owczarek: Od 40 lat pracuje pani w Nowej Soli, leczy z trądziku i nie tylko kolejne pokolenie mieszkańców. Jednocześnie jest pani patologiem w nowosolskim szpitalu. Proszę opowiedzieć o początkach swojej pracy, jak do tego doszło, że stanęła pani przy stole sekcyjnym?


Liliana Pietras-Kopeć: Wciąż żywo pamiętam ten dzień, kiedy przyjechałam do Nowej Soli za mężem. Dostał pracę w nowosolskim szpitalu, był ordynatorem intensywnej terapii. Nawet sobie pani nie wyobraża, jakie wrażenie robił na nas wtedy nasz szpital: nowoczesny, piękny, doskonale wyposażony, pachnący nowością. Miałam już za sobą 10 lat na oddziale dermatologii w Słubicach.
W Nowej Soli zaczęłam pracę 1 września 1980 roku w przychodni w Odrze. Zaczął się zły czas dla przemysłu, jeszcze wszystko funkcjonowało, ale już słychać było, jak trzeszczy. Miasto było szare, smutne i depresyjne. Przychodnię wspominam cudownie, byliśmy tam jedną wielką rodziną. Jak ktoś kupił prosiaka, to się z innymi dzielił. Pacjenci podrzucali nam po kilka jajek, biały ser, mleko, czasami kurczaka. To były inne czasy, bardzo miłe. Ten fabryczny klimat przypominał mi też moją rodzinną Łódź. Lubiłam chodzić po zakładzie, słuchać pracy maszyn i czuć ten cały zapach. Mimo wszystko przez dwa lata było mi bardzo ciężko, nikogo nie znałam, nie wiedziałam, jak się poruszać. Dwa lata zajęło mi, żeby się odnaleźć.

Jak wyglądała nauka dermatologii pół wieku temu?

Medycynę studiowałam w Łodzi, a specjalizację z dermatologii robiłam pod okiem doktor Jabłońskiej w warszawskiej klinice przy ul. Koszykowej, która 50 lat temu błyszczała na cały kraj. Zrobiłam specjalizację pierwszego i drugiego stopnia. Jechałam w nocy pociągiem ze Słubic do Warszawy, cały dzień siedziałam na zajęciach i w bibliotece, w nocy wracałam i biegłam do pracy na oddział wtedy jeszcze słubickiego szpitala.
Stosunek pacjentów do nas, młodych lekarzy, był wspaniały. Nie zdarzyło mi się, żeby ktoś się na mnie zirytował, bo zbyt wolno robię zastrzyk. Cięgle się uczyłam i pracowałam, ale nie byłam zmęczona, a może nie pamiętam, zresztą ja nigdy nie jestem zmęczona (śmiech). To pani doktor Jabłońska, moja mentorka, tchnęła we mnie inne spojrzenie na skórę i dermatologię. Otworzyła oczy na mykologię i histopatologię, badanie zeskrobin skóry i włosów. Nauczyła mnie wykonywać podstawowe badania w gabinecie. Do dzisiaj ta umiejętność pomaga mi ustalić przyczynę choroby. Dolegliwości skórne w tamtych czasach i w obecnych wyglądają podobnie, tylko diagnostyka się zmieniła. Jednak oko lekarza zostało okiem.

Mówi pani, że choroby skóry są podobne, ale chyba przybyło alergii?

Tak, alergii bardzo przybyło. Kiedy zaczynałam pracę, dzieci z alergią wrodzoną czy atopią były pojedynczymi przypadkami. Pokazywano je w klinikach jako coś niespotykanego. Dzisiaj codziennie mam w gabinecie dwoje-troje dzieci z alergią atopową. Powodem jest ogromna chemizacja życia. Kobiety odstąpiły też od karmienia piersią, a to duży błąd. Mleko matki sprzyja prawidłowemu rozwojowi noworodka. Może się wtedy spokojnie i naturalnie rozwijać.

W końcu trafia pani do nowosolskiego szpitala na oddział patomorfologii. Jak to się stało?

Odkryłam, że powodem mojego złego samopoczucia jest brak szpitala i pracy na oddziale.
Wymyśliłam, że będę przychodziła do szpitala do zakładu patomorfologii, żeby oglądać badania histopatologiczne skóry. Pomagało mi to zachować jasny umysł i stale się uczyć. Kierownikiem zakładu był wtedy doktor Salmanowicz, chytry lis (śmiech), który od razu wyczuł, że mogę dać z siebie więcej, niż tylko zajmować się oglądaniem szkiełka. Zachęcił mnie, żebym schodziła do niego na dół w trakcie wykonywania sekcji.
Początkowo bardzo nie chciałam. Nie uśmiechało mi się, że ja, dermatolog, miałabym robić sekcje. Któregoś dnia powiedział, że ma przypadek przerzutu czerniaka do mózgu. Poderwałam się na baczność. Koniecznie chciałam zobaczyć, jakie skutki może mieć ta zaczynająca się na skórze choroba. Na dole nie było tak źle. Zostałam na całej sekcji. Później przyszły kolejne. Któregoś dnia doktor powiedział, że wyjeżdża na dwutygodniowe szkolenie i ja go zastąpię. Oznajmił, że koledzy z zakładu mi pomogą i dam sobie radę. Zrobiłam pierwszą sekcję i tak zostałam na dole przez 40 lat.
Kolejnym wielkim zwrotem w mojej pracy zawodowej było poznanie prokuratora Jana Wojtasika. Wtedy sekcje prokuratorskie były robione w szpitalu i prokurator musiał przy tym być, razem z technikiem kryminalistyki. Na początku bardzo się wzbraniałam przed sekcjami prokuratorskimi. Bałam się, że to za duża odpowiedzialność, nie chciałam się pomylić. Prokurator powiedział wtedy, żebym była uważna i mówiła, co widzę, a on będzie to sobie notował. Sekcji przybywało, przestałam liczyć. W momencie, kiedy zakład patomorfologii w Zielonej Górze poszedł do długiego remontu, musiałam pracować dla całej południowej części województwa. Przeprowadziłam tysiące sekcji. Wszystkie mam opisane w dokumentacji i schowane w szpitalnych archiwach.

Większość z nas nie wyobraża sobie takiego zajęcia. Jak pani daje radę udźwignąć taki ciężar?

Boimy się zwłok, nie chcemy ich widzieć, odrzucamy samą myśl o nich. Trzeba jednak mieć świadomość, że jeżeli ktoś się rodzi, to wiadomo, że kiedyś umrze. Rodzina zawsze chce wiedzieć, dlaczego ktoś umarł. Często się dziwią i zastanawiają, jak to możliwe, skoro był w doskonałej formie. W trakcie sekcji widzę, że ta forma wcale nie była taka dobra, tylko rodzinie się tak wydawało. Wtedy dowiadujemy się właśnie, dlaczego osoba zmarła.
W trakcie sekcji niczego się nie ukryje. Zapewniam, że twarze zmarłych są spokojne. Czasami ludzie opowiadają, że ktoś po śmierci się do nich uśmiechał. Rzeczywiście tak jest. Wcześniej widzę chorych na oddziałach, kiedy udzielam konsultacji dermatologicznych. Są zmęczeni, mają grymas cierpienia na twarzy. Na dole jednak się do mnie uśmiechają, są rozluźnieni, nic ich już nie boli. Nie cierpią. Ich twarze wyglądają pogodnie, a śmierć dała im ulgę. To mnie bardzo podbudowuje.

Jest pani mistrzynią anatomii i najlepiej wie, jak wyglądają płuca palacza.

W ludzkim ciele chyba już nic mnie nie zaskoczy. Mamy wiele anomalii, ale to normalne. Nie ma dwóch jednakowych sekcji. Każdy człowiek jest inny, ta sama choroba u każdego inaczej przebiega.
Płuca palacza często oglądam, nie wyglądają dobrze. Warto rzucić palenie, bo wystarczy 10 lat niepalenia, żeby się oczyściły. Choć prawda jest taka, że nie tylko płuca palacza nie wyglądają dobrze, ale i płuca ludzi, którzy oddychają spalinami – dymem także.
Niestety, coraz więcej osób umiera na nowotwory. Trudno powiedzieć, czy jest ich więcej, czy diagnostyka jest lepsza, czy też po prostu dłużej żyjemy. Pewnie wszystko ma znaczenie. Większość chorób spowodowanych długim życiem może i była wcześniej, ale ludzie tak długo nie żyli. Kiedyś 60-letni człowiek to był dziadek. Teraz więcej ludzi trafia do szpitali, potrafimy skutecznie leczyć.

Praca w zakładzie szpitalnej patomorfologii to jedno, ale wyjazdy z prokuratorem w teren, żeby zobaczyć zwłoki na miejscu zbrodni, to zupełnie coś innego. A pani przez lata jeździła, była na każde wezwanie służb.

Bardzo mocno wspierał mnie prokurator Jan Wojtasik. Nigdy nie rozstawałam się z telefonem, zresztą do dzisiaj śpię z komórką przy głowie. Budzono mnie o różnych porach. Dzwonił dyżurny policji i wysyłano po mnie samochód. Polubiłam to zajęcie, nigdy nie zdarzyło się, żebym się wykręciła. Pani doktor Jabłońska powiedziała, żebyśmy nie zamykali na tej dwójce z dermatologii, tylko szli dalej i stale zdobywali nową wiedzę. Dlatego zrobiłam sobie kosmetologię i kurs wizażu. Nigdy w życiu się nie malowałam, ale byłam ciekawa, jak się prawidłowo robi makijaż. Sobie do dzisiaj nie potrafię tego zrobić. Nie mogę powiedzieć, że szkoda mi było skóry, bo w młodości o tym nie myślałam. Nie szło mi i tyle. Kosmetologii uczyłam się ze względu na swoich pacjentów.
Panie prowadzące zajęcia były trochę zawstydzone moją obecnością, ale im powiedziałam – dziewczyny, wy nie zwracajcie na mnie uwagi, ja się uczę tak samo jak wy. Poznałam sprzęt kosmetyczny i możliwości dopieszczenia skóry pacjenta po zakończeniu leczenia. Sposoby makijażu się zmieniają, a ja wciąż potrafię doradzić, w jakim jest komuś najlepiej.
Niestety, dzisiaj kobiety robią sobie straszne rzeczy z twarzami. Widzę, ale się nie odzywam, trzymam język za zębami.
Mam za sobą specjalizację z medycyny prewencyjnej i przeciwstarzeniowej w Brukseli. Odpowiada mi spojrzenie na ten temat profesora, który miał z nami zajęcia. Niepotrzebny jest botoks i kwasy hialuronowe. Trzeba zdrowo jeść i mieć zbilansowaną dietę, unikać tego, co szkodzi, uzupełniać to, czego organizmowi brakuje, jeśli trzeba stosować hormony. To wystarczy, żeby długo żyć w dobrym zdrowiu. Jeśli o mnie chodzi, obowiązkowo dodaję do tej recepty ruch. Zawsze wszędzie chodzę piechotą, nigdy nie jechałam po mieście autobusem, do ubiegłego roku niemal codziennie byłam na siłowni.
Życie mnie nie rozpieszczało, bywało ciężko. Jednak należy tak o siebie dbać, żeby długo żyć, ale szybko umrzeć albo krótko chorować i szybko umrzeć.

Nieprzespane noce ze śledczymi na miejscach zbrodni zostawiły po sobie ślad. Które momenty w pracy patologa najbardziej utkwiły pani w pamięci?

Nigdy nie zapomnę dramatycznego wypadku z udziałem wojskowej ciężarówki na przejeździe w Bytomiu Odrzańskim. To było coś okropnego, koszmar. Ciężarówka, w którą wjechał pociąg, miała na pace żołnierzy. W dodatku przewozili ze sobą kanistry z benzyną. Doszło do potężnego wybuchu. Ośmiu z nich zginęło na miejscu, dziewiąty zmarł w szpitalu. To był straszny wypadek. Wojsko naciskało, żeby te sekcje zrobić jednego dnia. Ambitnie podeszłam do sprawy. Pracowałam do wieczora. Mundurowi stali mi za plecami i zadawali pytania. Bardzo się bałam i uważałam, żeby nie pomylić zwłok. Kiedy opuściłam zakład, szłam jak pijana, bo nawdychałam się środków chemicznych.
Nigdy w życiu taka sytuacja mi się nie powtórzyła, żeby tyle sekcji zrobić na raz.
Pojedynczych przypadków było tak wiele, że nie pamiętam. Przez lata zaprzyjaźniłam się z funkcjonariuszami policji, zawodowymi strażakami i ochotnikami. Bardzo ich lubię. Jestem wdzięczna, że zawsze mi pomagają wdrapać się gdzieś, jeśli trzeba. Podnoszą mnie podnośnikiem, żebym mogła zobaczyć miejsce, w którym ktoś zmarł.
Raz tylko nie dałam rady. Miało to miejsce pod samym dachem wielkiej hali Dozametu. Przez lata nauczyłam się oceniać miejsca zbrodni. Mam wyostrzony zmysł wzroku i węchu. Ciało zmarłego ma indywidualny zapach. Ludzie pachną lekarstwami, jakąś chemią. Kiedy trafia ciało z meliny, też od razu to czuć. Wszystko to opisuję i przekazuję śledczym. Czasami po mojej informacji, że to melina, trafiają na miejsce zbrodni.
Ciekawiły mnie zawsze rany kłute. Starzy adwokaci wciąż wspominają sprawę, gdy opisałam, że rana była zadana sztyletem z ozdobnym trzonkiem. Później rzeczywiście znaleziono w studzience taki właśnie sztylet.
Najbardziej przykre sekcje dotyczą dzieci. Najgorzej, kiedy giną wskutek wrogiego działania opiekunów, którzy powinni się nimi opiekować, kochać je. To często historie szeroko opisywane w mediach, wstrząsające. Niestety, w pracy nie mogę sobie pozwolić na emocje. Muszę się skupić na tym, co robię. To jest najważniejsze, nie wolno mi się pomylić. Nie chcę nawet wracać myślami do tych zdarzeń.

Jest pani skarbnicą wiedzy o dermatologii, szpitalnej patomorfologii, pracy patologa sądowego. Może warto pomyśleć nad publikacją na ten temat?

Mieliśmy z prokuratorem Wojtasikiem plan, żeby razem popracować nad jakąś książką. Ale chyba już się nie uda.
Wyszłam za mąż i wyjeżdżam do męża do Białki Tatrzańskiej. Rozpoczynam kolejny etap swojego życia. Czeka mnie wielkie wyzwanie, otwieram tam gabinet dermatologiczny. Zawsze bardzo kochałam góry, wciąż staram się po nich spacerować. Choć teraz, jak gdzieś się wdrapię na szczyt, to trochę się z nim żegnam. Zdaję sobie sprawę, że mam coraz mniej siły i pewnie nie wrócę w to samo miejsce. Ponad 50 lat pracuję i nie zamierzam przestawać. Ten czas mi minął jak jeden dzień. Przychodzili do mnie na praktykę młodzi lekarze. Zachwycali się tą pracą, mówili, że złapali bakcyla. Później jednak szli na oddziały, poznawali żywych pacjentów i nie wracali.
Czasami mi się wydaje, że jestem wypalona, że chcę odpocząć. Ale później widzę, jak jedzie radiowóz na sygnale i od razu jestem gotowa do startu. Sprawdzam, dokąd jadą, czy w kierunku autostrady, czy gdzieś na wsie. Dlatego martwię się, czy dam radę funkcjonować bez szpitala. Mówią, że starych drzew się nie przesadza, a ja się sama przesadzę. W marcu zaczynam przyjmować w nowym miejscu. Wydaję karty swoim nowosolskim pacjentom. Jeżeli ktoś nie odbierze, zabieram je ze sobą, bo za nie odpowiadam.
Za zakładem będę bardzo tęsknić. Za moimi współpracownikami. W górach będę miała stale pod górę (śmiech). To zamiast tej siłowni.